560.

idzie przez wiersze przez życie
przeskakując z metafory

w metaforę; bierze je w siebie
niczym kobieta mężczyznę. Wino
przemienia w wodę ponieważ kiedyś
ktoś zrobił odwrotnie. A skoro
poezja może wszystko: hop!
w głąb księżyca na skrzydłach
wymyślonego boga o zmiennej płci.
Opasły hermafrodyta

lustro i balon; śmiertelna brama
do naszych snów; studnia zapomnienia

gdy wiersze unoszą się wokół
niczym zdechłe ryby

557.

Z. porusza się wśród cytatów,
w jaskini: stalaktyty, stalaktyty, stalagmaty odgradzają ją od świata.

Wyimki, fragmenty, wstępy bez rozwinięcia, niedokończone obrazy. Tu schody prowadzące z miasta na pustą plażę, tam las, który nagle zastępuje drogę, gdzie indziej skały nie do przebycia.
Z. przedziera się przez zasieki słów, ale jest ich coraz więcej, rosnących i spiczastych.
Za oknem świeci słońce, stalaktyty topnieją. Z. wsiąka w trawę.

 

555.

we śnie spotkałam się z mężczyzną
z którym nie chcę się już spotykać

a jednak się zgodziłam: dlaczego?
pytałam samą siebie
było to na skraju lasu ja w białej sukience i białym
kapeluszu z czarną wstążką on jak zwykle
z tłumu ludzi wyrwałam go po imieniu

szliśmy między drzewami milcząc