1224.

V. przyśniła
rodzący się wiersz, próbowała go schwycić. Z sufitu opadały płachty czystego papieru i natychmiast się topiły. W kącie jej siostry i bracia tkały pajęczynę, wkrótce zarośnie cały pokój.
Jestem podrzutkiem, nie umiem tkać ani prząść, pisać ani rysować, umiem tylko śnić, wyłuskiwać z ciemnej materii słowa i obrazy, zamki i labirynty, znikające ścieżki, przestrzenie powietrza i śniegu.
Może one też są ich dziełem, myśli.

1222.

Jedne słowa
są jasne, inne porośnięte futrem.
Chodzą po lesie, łączą się w pary i rozdzielają. Czasem któreś do któregoś strzela, krew plami kartki.
Niektóre zostają same, gubią się i nikną w drzewach.
Jeśli stworzą jakieś zdanie, nikt go nie pozna.

1215.

V. jechała windą
pełną czarnych manekinów. Stojący przy drzwiach obrócił do niej głowę. Zamiast oczu miał czerwone róże.
Winda stanęła, V. rzuciła się do wyjścia, manekin chwycił ją za kieszeń płaszcza. Uciekła powtarzając: To tylko sen, musisz z niego wyskoczyć.
Wyskoczyła, manekin siedział na jej łóżku.
Jego oczy czerwone róże.