1353.

B. budziła się przed jego domem,
niemożliwą kombinacją ostrych kątów i spiczastych wierzchołków z gałęziami starych drzew. Patrzyła, jak w oświetlonych oknach przemyka zwalisty cień, powolny jak Księżyc.
Gdy wyszedł, wyglądał zwyczajnie, przygarbiony mężczyzna w średnim wieku. Nie widział jej ani nie czuł, choć stała po drugiej stronie ulicy, na ziemi rozmiękłej po nocnym deszczu.
Ruszyła za nim nawijając na kłębek jego futro, jej ogon żłobił w błocie głęboki ślad.